Cicho westchnęłam i rozejrzałam się po otoczeniu. Oprócz tego, że księżyc oświecał troszkę to miejsce, było zupełnie ciemno. Dotarło do mnie, że zawsze spotykamy się w odludnych i ciemnych miejscach.
Zachichotałam cicho, choć pewnie powinnam się teraz trząść ze strachu.
-Co Cię tak bawi?
Odwróciłam się i zobaczyłam za sobą, szeroko uśmiechniętego Justina. Pierwszy raz widziałam go uśmiechniętego. Wow. Sądziłam, że nigdy tego nie robi..
-Nic - wzruszyłam ramionami, również się uśmiechając.
Chłopak spojrzał na mnie podejrzliwie, ale chwilę potem również wzruszył ramionami.
-Po co chciałeś się spotkać?
Spodziewałam się ciszy. Myślałam, że nasze spotkanie znowu będzie musiało zakończyć się niefajnie. Jednak - ku mojemu zaskoczeniu, odezwał się.
-Chcę Cię ostrzec.. - zaczął niepewnie.
Zmrużyłam oczy, zachęcając go do dalszego mówienia.
-Ona jest niebezpieczna.
Zupełnie nie wiedziałam o co chodzi.
-Kto?
Justin spojrzał w niebo.
Podszedł do mnie, tak blisko, że słyszałam jego nierówny oddech. Spojrzał mi w oczy i przejechał kciukiem po mym policzku. Po moim ciele przeszedł dreszcz, a kolana się ugięły. Nie potrafiłam oderwać wzroku, od jego oczu. W jego spojrzeniu, dostrzegłam troskę i.. smutek?
-Nie rozumiem Cię - wyjąkałam.
Pokręcił bezradnie głową, po czym musnął moje wargi. Czułam jak się rozpływam. W środku było mi ciepło i przyjemnie. Z każdym kolejnym pocałunkiem, traciłam kontrolę. Nie chciałam tego NIGDY kończyć.
-Fuck - przeklął, gdy się ode mnie oderwał - to było bardzo głupie, przepraszam..
Znowu go nie rozumiałam. Czemu on musiał być taki tajemniczy?
-Wracaj do domu - już miałam zacząć protestować, gdy dodał: - JUŻ.
Justin zrobił stanowczą minę. Wiedziałam, że nie ma co się męczyć z przekonywaniem go. Nic to nie da. Ruszyłam więc w drogę powrotną. Nagle przypomniałam sobie coś jeszcze i odwróciłam się z powrotem.
-Spotkamy się jeszcze?
Lecz jego tam już nie było..
*
-Na szczęści dziś weekend - pomyślałam budząc się nad ranem. Spojrzałam na zegarek, który wskazywał godzinę 9:34.
Wstałam, pobudzając moje obolałe mięśnie do życia. Po mojej nocnej schadzce, miałam mega zakwasy. Uśmiechnęłam się na myśl o naszym spotkaniu.
Ubrałam swój fioletowy szlafrok, po czym zeszłam na dół do kuchni.
Nalałam do miseczki trochę jogurtu i zasypałam go płatkami musli.
Spojrzałam za okno. Dzień wydawał się fajny.
Wydawał.
Spojrzałam za okno. Dzień wydawał się fajny.
Wydawał.
*
BARDZO DZIĘKUJĘ, ZA 2 KOMENTARZE NA POPRZEDNIM ROZDZIALE!
:))
TO NA PRAWDĘ WIELE DLA MNIE ZNACZY ;)
♥
Podoba mi się sposób w jaki piszesz. Jest rozbudowany ale ciekawy. Masz zapewne sporo pomysłów na kontynuację tego opowiadania, czego szczerze ci życzę. Podoba mi się to opowiadanie mimo iż dopiero się rozkręcasz! Życzę ci wielkiej weny!
OdpowiedzUsuńA gdybyś znalazła trochę czasu, to wejdź również do mnie i proszę, zostaw po sobie jakiś ślad, ja niedawno zaczęłam bloga ;3 http://brutality-harry-justin.blogspot.com/
Dziękuję :)
UsuńNa pewno zajrzę! :*
Z każdym rozdziałem robi się coraz ciekawiej. Uwierz mi, mało jest takich opowiadań(chodzi mi o blog), które potrafią mnie naprawdę zainteresować. Bardzo krytycznie podchodzę do wszystkiego. Osoby, które mnie znają wiedzą, że nienawidzę błędów. Jeśli są jakiekolwiek, opowiadanie już mnie tak nie intryguje.
OdpowiedzUsuńBardzo dobrze piszesz. Rozwijaj swój talent i pisz ;)
Życzę ci bardzo dużo weny. Wiem coś o jej braku :/
Pozdrawiam
Bardzo Ci dziękuję za tak pozytywną opinię. :)
UsuńDrobiazg, skarbie. Naprawdę świetnie piszesz :*
Usuń